Przeklęte sny: – 26 –

Kolejna część 7 października.


W biurze jak zwykle było pełno ludzi, krążyli, wymieniali się pozdrowieniami i ploteczkami, pod czujnym okiem Lawinii, która królowała przed wejściem do jego gabinetu. Harry z uśmiechem przyjmował wesołe przywitania swoich aurorów, ignorując co baczniejsze spojrzenia. Doskonale wiedział, o czym niektórzy myśleli, ale na szczęście nie śmieli dzielić się swoimi przemyśleniami – dlatego mógł ich zignorować. Rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu, szukając kolorowej głowy chrześniaka. I w końcu go dostrzegł. Teddy, ubrany w szkarłatne szaty aurorów, z ciemnofioletowymi włosami związanymi w luźny kucyk, pochylał się nad biurkiem, przerzucając papiery. Rozbawiony Harry z uśmiechem przyglądał się zmaganiom młodzieńca, którego traktował jak trzeciego syna. Nagle Teddy, jakby wyczuwając jego spojrzenie, podniósł głowę, przez chwilę wpatrywał się w niego z dziwnym wyrazem twarzy, mieszanką ni to zaskoczenia, ni urazy, i przywitał go niechętnym skinięciem. Potter odetchnął głęboko, czując nagłe kłucie w piersi. A jednak Teddy nadal się na niego boczył.

Oczywiście wczorajsza rozmowa z Weasleyami – która poszła zaskakująco dobrze – pozostawiała między nimi klin, przepaść nieporozumienia trudnego do zracjonalizowania. Czasami zaskakiwało Harry’ego, ile w tym młodym, prawie dorosłym mężczyźnie było złości na świat. I ta gorycz, wynikająca z wychowywania się z Andromedą, bez opieki rodziców, którzy woleli zginąć, ratując świat, niż zostać z nim… Lupin i Tonks zranili swojego syna, a Harry musiał obserwować, jak uraza rośnie. Przerażające doświadczenie.

Gdyby mógł, Potter zmieniłby pół wszechświata, byleby tylko nie widzieć więcej tej pustki w oczach chrześniaka – oczach identycznych jak Syriusza. Patrzenie na złość i ból kogoś tak bliskiego było równie bolesne jak własne cierpienie – a nawet gorsze, bo nie mogło mu się pomóc. Nikt nie mógł.

Harry westchnął i odwrócił wzrok od zaciętej twarzy Teddy’ego, który udawał, że widok chrzestnego w ogóle go nie poruszył. Obaj wiedzieli, że to kłamstwo i obaj udawali, że to nie ma znaczenia. Czasami na tym właśnie polega rodzina.

- Harry, ty tutaj?! – zdziwił się fałszywie Gregory, wychylając zza tekturowej ścianki, oddzielającej boksy poszczególnych pracowników. Zaraz za nim wyłoniła się twarz Boba, który z najszczerszym – i najszerszym z jego repertuaru – uśmiechem, przywitał się z szefem. – Wpadłeś zobaczyć co słychać na starych śmieciach?

Harry zmełł nasuwające mu się na język ostre słowa, rzucając mężczyźnie ostrzegawcze spojrzenie. Zapomniał już, jak Gregory działał mu na nerwy. Zmusił się do lekkiego uśmiechu, mającego na celu złagodzenie trochę sytuacji. Nie przepadał za swoim zastępcą, ale nawet on musiał przyznać, że choć mężczyzna był lizusowatym dupkiem, gotowym na wszystko byleby uzyskać promocję, ale równie dobrze posługiwał się różdżką co językiem.

- Wracam z urlopu, nie mogłem was zostawić na zbyt długo, co nie? – Harry mruknął pozornie lekkim tonem. Obecnie najważniejsze było zachowanie w tajemnicy męczących go „przeklętych snów” i wiadomości o rozstaniu z Ginny. Razem z Kingsleyem zamierzali wykorzystać sytuację w taki sposób, że nikt nie zorientuje się w ich planie, póki nie będzie za późno. – Bob – Harry przywitał się z ciemnowłosym aurorem, który rzucił mu porozumiewawcze spojrzenie i czym prędzej wymknął się Gregory’emu. – Przy okazji, Greg, mógłbyś podrzucić mi wszelkie akta sprawy z Bristolu na biurko, zajmę się tym w wolnej chwili.

Gregory próbował zapanować nam mimiką twarzy, ale poniósł sromotną klęskę. Zmarszczył brwi, na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka, a mocno zaciśnięte usta były prawie niewidoczne. Harry z uśmiechem pokiwał głową, udając, że nic nie zauważył, ale w pamięci zanotował sobie, że musi dokładnie przyjrzeć się pracy podwładnego. Coś mu mówiło, że Gregory’ego męczył jakiś problem – a problemy wśród aurorów zawsze źle się kończyły.

- Pamiętaj o tych dokumentach – przypomniał mu i ruszył w stronę swojego biura. Siedząca przy biurku Lawinia przywitała go uważnym spojrzeniem niebieskich oczu. Harry prawie czuł jej wzrok, przesuwający się po jego ciele, przenikliwy i wszystkowiedzący niczym oczy Moody’ego. – Stęskniłaś się za swoim ulubionym szefem?

- Jak za sraczką – odparowała, poprawiając się na krześle. Zmrużyła oczy, najwyraźniej chcąc dodać coś jeszcze, ale powściągnęła język. Sięgnęła do szuflady dębowego biurka, pogrzebała w niej chwilę i wyciągnęła ciasno zwinięty rulon. – Minister przysłał to do ciebie z samego rana, szefie. Załatwiłeś sobie awans czy naganę?

Harry roześmiał się, odebrał od niej pergamin, zabrał kilka teczek leżących na skraju biurka i z nieskrywanym uśmiechem kazał jej przygotować mocną herbatę. Lawinia mruknęła coś pod nosem – prawdopodobnie narzekając na niego – ale poderwała się z chybotliwego krzesła.

Harry wzruszył ramionami i zaklęciem odkluczył swoje biuro. Nikt w czasie jego nieobecności nie miał prawa tu wejść. Liczne zaklęcia chroniły pomieszczenie przed nieproszonymi i zbyt ciekawskimi gośćmi. Biuro szefa było tabu dla aurorów; wiedzieli, że lądowało się tutaj tylko wtedy, gdy było się w tak głębokich tarapatach, że jedynie ingerencja zwierzchnika mogła ocalić ich lekkomyślny tyłek.

Kwatera Główna Aurorów składała się z trzech podstawowych pomieszczeń: ogromnej hali podzielonej na boksy, w których pracowali poszczególni pracownicy, gabinet aktualnego szefa, znajdującego się w głębi sali, oraz magicznie powiększanej auli konferencyjnej. Z Kwatery Głównej można było wydostać się sześcioma różnymi drogami, jednak większość pracowników ministerstwa zdawała sobie sprawę jedynie z czterech. Wszyscy wiedzieli o wejściu z głównego korytarza, o starych, obdrapanych łukach prowadzących bezpośrednio do Służb Administracyjnych Wizengamotu, o maleńkim, pilnowanym przez klucznika pokoiku z podłączoną Siecią Fiuu oraz białych drzwiach, za którymi kryły się sale treningowe. Każdy auror znał drogę do awaryjnego wyjścia, skąd w razie potrzeby mogli się bezproblemowo przenieść do budynku obok. Jedynie szef Biura Aurorów wiedział o ukrytym w swoim gabinecie przejściu, prowadzącym do prywatnego biura ministra magii.

Wchodząc do swojego pokoju, Harry jak za każdym innym razem rzucił zaklęcie na ciemnofioletową ścianę i przyjrzał się wiszącej tam mapie, przedstawiającej całe drugie piętro. Na ścianie obok znajdował się identycznie zaczarowany plan całego ministerstwa. Po pergaminach poruszały się podpisane imieniem, nazwiskiem i pełnioną funkcją różnokolorowe kropki. Ich barwy różniły się w zależności od departamentu; jedynie goście, otrzymujący specjalne plakietki przy wejściu do ministerstwa, wyróżniali się, połyskującym ciemnoróżowym kolorem. Oprócz Rona i Hermiony jedynie Kingsley zdawał sobie sprawę z tego, jaki skarb ukrywał się w biurze Harry’ego – w końcu pomógł go stworzyć. Nad tym zaklęciem zaczęli pracować kilka miesięcy po ukończeniu przez Pottera Uniwersytetu Aurorskiego i przyjęcia go w szeregi elity. Ron, pomagający właśnie George’owi w sklepie, gdy Harry i Hermiona wpadli z wizytą, po wysłuchaniu narzekań swojej dziewczyny zauważył, że przydałaby się taka Mapa Huncwotów – nie Hogwartu, ale ministerstwa. Pomysł był genialny. O dziwo, wywołał też zachwyt i aprobatę Kingsleya, który obiecał im pomóc w miarę swoich możliwości. Po włamaniach trójki nastolatków do Gringotta i ministerstwa uszczelnienie ochrony stało się jednym z wielu priorytetów, a mapa, pokazująca wszystkich czarodziejów poruszających się po budynku, w przyszłości mogła zapobiec podobnym incydentom. Po trzech latach badań, licznych próbach i błędach udało im się z sukcesem zakończyć ten projekt. W tamtym czasie sytuacja w ministerstwie nadal była dość niestabilna i informowanie kogokolwiek o mapie wydawało się zbyt frasobliwe. Za radą Kingsleya ukryli więc całą sprawę głęboko. Dopiero po oficjalnych wyborach na ministra magii, w których Shacklebolt zmiażdżył swojego oponenta i późniejszym mianowaniu Harry’ego Pottera szefem Biura Aurorów, zdecydowali przenieść obie mapy do Kwatery Głównej. Potrzebowali ich.

Harry przyjrzał się uważniej planom ministerstwa. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku, nikt niepokojący nie skradał się korytarzami. Przez chwilę obserwował zmierzającą w stronę swojego biura Hermionę, po czym jednym machnięciem ukrył pod zaklęciem iluzji obie mapy. Na ścianie pojawiła się magiczna podobizna Hogwartu i, jak na czarodziejski obraz przystało, wydawała się całkiem żywa. Nad zamkiem jaśniało blade słońce, a liście zmiecione przez wiatr wędrowały po opuszczonych błoniach. Błogość, cisza, spokój. Na Harry’ego ten obraz zawsze działał uspokajająco – tym razem nie było inaczej.

Zatopił się w wygodnym, krwistoczerwonym fotelu, ostrożnie odkładając zabrane zadziornej sekretarce dokumenty. Z niechęcią sięgnął po pierwszy z góry. Im szybciej się do tego zabierze, tym szybciej będzie wolny. Najchętniej wrzuciłby wszystkie papiery do kominka, w ten sposób pozbywając się męczącego problemu. Ale nie mógł. Westchnął, zupełnie niezaciekawiony; zbyt dobrze wiedział, że czekało go przedzieranie się przez długie, nużące i wyczerpujące granice rozsądku i cierpliwości pergaminy. Gregory, jego zastępca, uważał, że im więcej szczegółów odkryto podczas zbierania śladów, tym lepiej dla sprawy i za każdym razem, gdy biuro lądowało pod jego czujnym okiem, pilnował, by aurorzy stosowali się do tych głupich wytycznych. Ani aurorzy, ani Harry nie byli tym zadowoleni. Zbyt często sedno prostej sprawy umykało w ogromie drobiazgów.

Potter z ostatnim cierpiętniczym westchnieniem zagłębił się w akta. Zaaferowany czytaniem nawet nie dostrzegł przynoszącej mu kawę Lawinii, zignorował również stos dokumentów, które podrzuciła mu do podpisania. Po ośmiu latach wspólnej pracy oboje wiedzieli, czego się po sobie spodziewać i dzięki temu jakoś to szło. O jedenastej Harry wybrał się do Kingsley, odbierając od niego kolejną kupkę pergaminów, których tajemnice skrywał odpowiedni szyfr znany tylko im obu. Informacje przekazane mu przez ministra nie były zachęcające. Kingsley miał wczoraj rację, gdy twierdził, że ta sprawa to jedna, wielka podpucha. Nic nie trzymało się kupy, wszystkie wątki sprawy rozmijały się, a jedynym, niepodważalnym faktem była próba morderstwa. Harry obiecał sobie, że nikomu nie pozwoli doprowadzić do szczęśliwego dla zleceniodawcy końca. Już on się o to postara.

Szybko nadrabiał zaległości, podpisywał niecierpiące zwłoki, biurokratyczne dokumenty, starając się zrobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Dzień minął szybko, czego zaabsorbowany Potter nawet nie zauważył, dopóki Lawinia nie wpadła do jego biura z kubkiem kawy.

- Przyda się – stwierdziła beznamiętnie, stawiając zielonożółte naczynie obok atramentu. – Będę już wychodzić.

- Yhy… – mruknął Harry, prawie jej nie słuchając. Kobieta przewróciła oczami z irytacją, ale ani jednym słowem nie skomentowała nieuwagi szefa.

- Pogadaj z młodym Lupinem, coś mu doskwiera. Rozum Patersona skurczył się jeszcze bardziej, porównać go do orzeszka to urągać orzeszkowi… poza tym Alex coś kombinuje, chyba jakiś przekręt z międzynarodowcami.

- Yhy…

Kobieta pochyliła się niżej, ciemne włosy opadły na owalną twarz, a niebieskie oczy rozbłysły złośliwością.

- Kira zdecydowała się zmienić płeć, a Gregory wyznać, że uwielbia kociaki.

Harry zamrugał, unosząc głowę znad teczki i zmierzył ją podejrzliwym spojrzeniem.

- Lawinio, jeśli zdarzy się taki dzień, że uwierzę ci, gdy próbujesz mi coś wmówić, wmaszeruję do biura Kingsleya, domagając się, żebyś została szefem Biura Aurorów.

- I zostaniesz moją sekretarką?

- Oczywiście – rzucił z cieniem uśmiechu i rozświetlonym rozbawieniem spojrzeniem zielonych oczu. To była ich stara gra. Lawinia próbowała przyłapać go na nieuwadze, a on starał się nie dać złapać.

- Umowa stoi, szefie. – Skinieniem zaakceptowała warunki, uśmiechając się szelmowsko. Odgarnęła opadające na usta włosy i zmierzyła go nieco powątpiewającym spojrzeniem. – Przekazałam wszystkim rozpiskę dyżurów. Nie byli zadowoleni. Niektórzy sarkali, że…

W międzyczasie Harry rozprostował kości i sięgnął po kubek z namalowanym hipogryfem. Kiwał głową, niby jej słuchając, ale myślami był gdzie indziej. Zastanawiał się co z Łobuzem. W jakiś przedziwny sposób kociak momentalnie wpasował się w jego życie. Bez przeszkód dał się umyć; Harry, który w pogotowiu trzymał różdżkę, gotowy unieruchomić zwierzę na najmniejszą oznakę walki, z głupią miną wgapił się machającego ogonem kota, który wszedł do wypełnionej wodą miednicy i zmierzył go spojrzeniem tych przejrzyście zielonych oczu, jakby chciał powiedzieć: „No i na co czekasz? Ja tu już siedzę”. A potem z cierpliwością zniósł tarmoszenie przy wycieraniu, po czym z godnością odszedł na bok i wylizał się dokładnie. Potter poczuł się jeszcze głupiej, gdy uświadomił sobie, że mógł przecież oczyścić go zaklęciem – wyglądało na to, że nowego członka rodziny kompletnie nie ruszały przejawy magii. Może jego poprzedni właściciel też był czarodziejem? Gdy kociak wmaszerował do sypialni Harry’ego, rozłożył się na łóżku z królewską pewnością, że tam było jego miejsce, i miauknięciem przywołał go do siebie, Potter potrafił jedynie się zaśmiać. Po wydarzeniach tego wieczoru, wyczerpującej rozmowie z Weasleyami i radzeniu sobie ze złością chrześniaka, taka zwyczajna akceptacja – nawet jeśli pochodziła od kota – była mu potrzebna. Rano Łobuz obudził go miauczeniem, a gdy Harry wypuścił go na zewnątrz, nie wiedząc, jak inaczej poradzić sobie z problemem, kociak wrócił, zanim człowiek aportował się do pracy.

Jedno było pewne – jak na dzikiego, bezpańskiego króla ulic Łobuz był zaskakująco łagodny i spokojny. Harry’ego chwilami szokowało jego nie-kocie zachowanie, ale po rzuceniu serii zaklęć nie wykrył żadnego oszustwa. Łobuz był kotem, niezwykłym, bo niezwykłym, ale nadal kotem.

Nagle Lawinia szybkim ruchem sięgnęła po jedną z teczek i bez pardonu walnęła Harry’ego w ramię.

- Nie produkuję się na darmo, szefie – przypomniała, mierząc go ostrym, ostrzegawczym spojrzeniem. Mimo delikatnej urody i bardzo kobiecego imienia była diabłem wcielonym. – Powinieneś się cieszyć, że to nie żądełko.

Harry jęknął, ale nie odważył się skomentować. Zaklęcie żądlące Lawinii Acidity było sławne na całe piętro. Kobieta nie żałowała ich nikomu, jeśli uznała, że nicpoń na nie zasługuje.

- Wybacz, myślami byłem gdzie indziej.

- Taa, to już ustaliliśmy – stwierdziła zgryźliwie, mrużąc oczy i przyglądając mu się z dezaprobatą. – Jak na kogoś, kto wrócił świeżo po „urlopie” – nacisk, z jakim to powiedziała, naprawdę sporo zasygnalizował Harry’emu – jesteś zbyt rozproszony.

- Pourlopowy marazm, nic się nie chce – odparował, nie unikając jej bacznego spojrzenia, doskonale świadom analizy, której go poddawała. Lawinia była zbyt bystra, a jej cele różniły się od jego; nigdy nie mogli być sojusznikami.

- Ty i marazm? – Jej brew powędrowała wysoko, prawie do linii włosów.

- Mam czterdzieści jeden lat, ćwierć wieku goniłem za przestępcami, mordercami… najgorszymi mętami czarodziejskiego świata. Chyba mam prawo być zmęczony życiem?! – Pozwolił, by w jego głos wkradła się irytacja i złość, czując jak buzuje w nim podniecenie. I taki świat kochał. Ten, z którym był obznajomiony, znał go od podszewki i wiedział, jak i czym walczyć. Alternatywny świat może spadać, zdecydował nagle, nic nie równało się z rzeczywistością. – A teraz wybacz, nie mam czasu na twoje kobiece fochy.

- Zawsze, gdy próbujesz mnie zbyć… – przerwała w pół zdania i prychnęła pogardliwie, nagle decydując się nie kończyć. Machnęła ręką, rozzłoszczona. – Wiesz co… udało ci się! I tak mnie to nie obchodzi! Miłego wieczoru, szefie. Obyś udławił się kolacją – warknęła, szybkim krokiem zmierzając w stronę drzwi. Wychodząc, trzasnęła nimi z całych sił.

Harry westchnął, potarł skronie, czując zbliżający się ból głowy. Jak to dobrze, że jutro oboje będą zachowywać się, jakby nic się nie stało. Od ośmiu lat ścierali się charakterami i, póki co, biuro nadal stało.

Gdy Harry miał zagłębić się w sprawę Patersona, nagle rozległo się pukanie do drzwi.

- Któż znowu? – jęknął do siebie, ale przybrał profesjonalny, bezosobowy wyraz twarzy i krzyknął, żeby wchodzić.

Za uchylających się ostrożnie drzwi wychyliła się ciemnofioletowa głowa.

- Harry? – Niepewny głos Teddy’ego zaskoczył go. Harry uniósł głowę, walcząc o zachowanie spokoju. Z napięciem przyglądał się zawstydzonej twarzy chrześniaka, który nie śmiał unieść wzroku, żeby zmierzyć się z jego spojrzeniem. Teddy zaszurał nogami, obutymi w ciężkie, wykonane ze smoczej skóry buciory, przygryzł wargi i dopiero po chwili zdecydował się wejść. – Muszę z tobą pogadać… przeprosić…

Ciężar w brzuchu Harry’ego nagle nabrał na lekkości. Mężczyzna rzucił stojącemu naprzeciwko biurka chrześniakowi zamyślone spojrzenie.

- Victorie ci nawrzucała? A może babka? – Choć już wybaczył Teddy’ego ostre słowa, nie zamierzał mu niczego ułatwiać. – Hermiona też pewnie nie żałowała ostrych słów.

- Właściwie to był wujek Ron – chłopak rzucił mu przepraszające spojrzenie – ale usiądę, dobra?… – Po skinięciu Harry’ego ostrożnie zajął miejsce i śmiało uniósł wzrok, nabierając pewności siebie. – Wiesz, że nie chciałem powiedzieć tego wszystkiego, prawda? Po prostu… zdenerwowało mnie, że nic… tyle miesięcy, a ty ani słówkiem się nie zająknąłeś, że… coś jest nie tak – dokończył z trudem. – Przez tyle miesięcy nic mi nie powiedziałeś! A powinieneś – nie jestem już dzieckiem. Nie musisz mnie chronić.

- Wiem – westchnął ciężko Harry – ale to trudne. Choć rozum podpowiada, że jesteś już dużym chłopcem, serce mówi inaczej. Nie zdawałem sobie sprawy…

Teddy uśmiechnął się lekko, z pewnym niefrasobliwym zrozumieniem.

- Tak bardzo starałem się, żebyś mi ufał… docenił, że jestem już dorosłym człowiekiem… – próbował wyjaśnić, potykając się co chwilę. Harry wiedział, że Teddy mówił z głębi serca, ale słuchanie go było niewygodne jak podsłuchiwanie czyichś wyznań miłosnych. Zamiast niego, w tym starym fotelu, powinien tu siedzieć Remus. – Mężczyzną, z którego możesz być dumny… – Teddy zawahał się. – Chyba przestraszyłem się, że zawsze będziesz traktował mnie jak dziecko. Głupie, niechciane dziecko – dodał z goryczą.

- Teddy… – Harry zatrzymał się, nie wiedząc, jak ująć w słowa te wszystkie sprawy, problemy, których nikt – choć próbowali, Merlinie, próbowali jak szaleni – nie umiał wyjaśnić małemu, zagubionemu chłopcu. Nie potrafili mu dać właściwej odpowiedzi, nawet jej nie znali, a w międzyczasie chłopiec dorósł, cierpiąc coraz bardziej. Im szybciej dorastał, tym więcej spraw nie rozumiał. Nie był jedyny – tak naprawdę nikt z nich nie pojmował. Podsuwali wymówki, usprawiedliwienia, starali się jakoś wyjaśnić Teddy’emu czemu rodzice – ludzie, którzy powinni traktować swoje dziecko jak najcenniejszą rzecz na świecie – wybrali większe dobro ponad jego dobro, a na dodatek dali się przy tym zabić.

Nikt z nich nie umiał ukoić jego bólu – świadomości, że rodzice nie kochali go wystarczająco. Że bardziej kochali walczyć niż zostać z nim.

- Wiem, to głupie, ale próbuję wyjaśnić… chyba źle do tego podchodzę… po prostu… wiesz… przepraszam za wszystkie te głupoty, które ci nagadałem.

- Jakie głupoty? Nic nie pamiętam – zażartował słabo Harry, rzucając mu zmartwione spojrzenie.

- Dzięki, Harry – mruknął Teddy, znów wbijając spojrzenie w swoje stopy. – Jesteś świetnym chrzestnym… lepszego rodzice nie mogliby mi wybrać… To jedyne, co zrobili dobrze – dodał półgłosem, unikając wzroku Harry’ego, który westchnął, ale nie skomentował. Rozdrapałoby to jedynie ranę. Stoczyli już tysiące podobnych batalii i za każdym razem żaden z nich nie ustąpił.

Jak na szefa Biura Aurorów przystało, postanowił zmienić temat rozmowy na lepszy – pracę.

- Cieszę się, że tak myślisz, aurorze Lupin.

Teddy uniósł głowę, zerkając na niego uważnie.

- Jeszcze czymś podpadłem?

- Czy nie powinieneś być teraz gdzie indziej? Na przykład przy boku Kingsleya? Twoja zmiana zaczyna się za kwadrans. Sio mi stąd!

- Jasna sprawa, Harry – nagle zawahał się, przypominając sobie, że nie oddał chrzestnemu kontraktu. – Zapomniałbym o tym. – Wyjął z kieszeni zrulowany pergamin i położył na biurko. – Mam nadzieję, że Draco ci pomoże.

- Draco?

Teddy rzucił mu zdziwione spojrzenie.

- Po tym wszystkim, całej tej awanturze, i w ogóle, chyba nie zmieniłeś zdania, co nie?

Czasami Harry miał ochotę udusić tego chłopaka.

- Nie o tym mówiłem…

- A o czym? Nie rozumiem…

- Od kiedy mówisz Malfoyowi po imieniu? Znacie się?

- Aaa, ty o tym… – Teddy wyszczerzył się do Harry’ego. – Scorpius, no wiesz, jego syn, pisał do mnie przez całe lato. Przez przypadek dowiedział się, że jesteśmy rodziną i chciał poznać kuzyna. Miły dzieciak. Wpadłem do nich raz czy dwa, Draco był wtedy w domu i nie miał nic przeciwko moim wizytom.

Harry przez chwilę niezdecydowany próbował sobie wmówić, że wcale nie chce wiedzieć, co o Malfoyu myśli Teddy. Jego chrześniak miał niesamowity instynkt, pozwalający mu trafnie oceniać ludzi, a Pottera ciekawiło co dostrzegł w tym niespodziewanym sojuszniku, którego zesłał mu los. W Harry końcu przełamał się.

- I co o nim myślisz?

Teddy zawahał się na chwilę, nie wiedząc na ile być szczerym z chrzestnym.

- Jest w porządku, chociaż wydawał się trochę… bo ja wiem… niezdecydowany – zamyślił się na chwilę. Jakby to zrozumiale wyjaśnić? – Pamiętasz Peppiego? – Harry skinął głową. Jak mógłby zapomnieć małego puszka pigmejskiego, który przez dwa lata doprowadzał go do szału? Cholerny zwierzak w końcu zdechł, zeżarty przez sowę. – Zawsze zanim coś zjadł, rozglądał się wokół, obwąchiwał jedzenie, przysiadał na chwilę i zastanawiał się głęboko – przypomniał Teddy. W jego ciemnofioletowych oczach błyszczało rozbawienie wymieszane z odrobiną żalu. – Był takim paranoikiem. Jedynie babcia się z niego nie śmiała, mówiła, że ma dobre instynkty… nawet jak na miniaturowego pufka. Był ode mnie zależny – mogłem go zranić…  – Teddy odwrócił wzrok. – Draco jest podobny do niego, nieufny aż do szpiku kości… a jednocześnie ma w sobie coś, jakąś życiową pewność, że nie da się nikomu dotknąć. Twardość, którą sam wybrał, czegoś nie mogąc znieść. – Teddy wzruszył ramionami. – On chyba nie wie, kim jest. Jakby nie potrafił zdecydować się, jakim człowiekiem być… albo nie umiejąc być tym, kim chce… Wydaje mi się, że on nadal na coś czeka. Na jakiś przełom? A może akceptację?

- Akceptację…? – Harry powtórzył w zamyśleniu. A potem dodał sam do siebie: – Ale czyją?

- Skąd mam wiedzieć? – obruszył się Teddy. – Widziałem go może raptem ze dwa razy przez krótką chwilę. Powiem ci jedno – Draco Malfoy ma za sobą parę przykrych spraw i to nadal rzutuje na jego życie.

- Był śmierciożercą – cicho powiedział Potter. Teddy gwałtownie wciągnął powietrze, a w jego oczach mignęło coś mściwego. Nienawidził śmierciożerców. Z ich winy zginęli jego rodzice. – Akta są utajnione, ponieważ był małoletni w momencie przyjęcia Mrocznego Znaku. Miał zaledwie szesnaście lat… Voldemort groził jego rodzicom.

- Ty walczyłeś z nim, gdy byłeś na pierwszym roku – przypomniał ostro Teddy, krzyżując ręce na piersi. – Draco miał szesnaście, gdy zdecydował się walczyć po stronie tych gnojów. Był wystarczająco dorosły!

- Wystarczająco dorosły… – Harry powtórzył za nim łagodnym głosem. – Przyjął znak, gdy jego ojca zamknięto w Azkabanie, a aurorzy napadali na ich dom. Czytałem akta, pięć, sześć nalotów na tydzień. Scrimgeour mógł być z siebie dumny  – dodał z przekąsem – atakować kobietę i małoletniego.

- Wielkie mi rzeczy! Ciągle robimy kontrole.

- Ale teraz JA jestem szefem i NIE pozwolę nikomu przekroczyć linii. Wtedy było inaczej… Biurem Aurorów kierował Scrimgeour… był dobrym, choć twardym człowiekiem, który nie wahał się przed niczym. Przez całe życie walczył z czarnoksiężnikami – to był cel jego życia… a cel uświęcał środki. Po aresztowaniu śmierciożerców złapanych w ministerstwie, ich rodziny były jego jedynym śladem prowadzącym do Voldemorta. Ludzie panikowali, w ministerstwie panował chaos, a Scrimgeour szybko wykorzystał okazję. Przejął fotel ministra magii, pozostawiając na czele aurorów swojego długoletniego przyjaciela i sojusznika. Aresztowanie Lucjusza dało mu doskonały pretekst… a ponieważ nazwisko Malfoya utożsamiano z czarną magią, nikt nie zaprotestował. Nikogo nie obchodziło, co działo się podczas nalotów.

- I to ma go usprawiedliwiać? Bzdura!

- Nie bądź dzieckiem, Teddy – ostro skarcił go Harry głosem, który mówił, że jeszcze jedno słowo i straci cierpliwość. – Z jednej strony ministerstwo, które miało gdzieś, co się stanie z Malfoyami, z drugiej wściekły Voldemort… a pośrodku szesnastoletni, wychuchany gówniarz, który nie umiał prosić o pomoc – nawet nie umiał jej zaakceptować. Voldemort był lepszą opcją, jedyną, na którą Malfoy mógł się zgodzić… choć wiedział, że poniesie karę za klęskę swojego ojca – dodał ciszej. – Nie musisz go lubić, ale zaakceptuj fakty.

- Był SŁABY – warknął Teddy, zaślepiony własnymi demonami – i sam zdecydował stanąć po stronie tych złych. Nie usprawiedliwiaj go!

- Nie usprawiedliwiam – odparował momentalnie Harry – ale świat nie jest taki prosty. Ludzie podejmują złe decyzje tylko dlatego, że okoliczności były takie a nie inne. Malfoy wychował się w rodzinie, w której ceniono tradycje równie mocno jak krążąca w żyłach krew. Nie umiał podjąć innej decyzji – znał tylko jeden świat, jeden odcień bieli.

Teddy westchnął ciężko, ciągnąc za włosy związane w kucyk.

- Usprawiedliwiasz go, Harry, a ja nie rozumiem dlaczego.

- Był tak samo winny jak ja – postawiono nas w sytuacji, gdy strony już dawno zostały wybrane. Ani on, ani ja nie umieliśmy wyjść poza ramy, w które nas wtłoczono. Jesteśmy – byliśmy – symbolami jednej wojny: on po stronie tych złych, ja tych dobrych. W tamtym momencie nasze wybory nie były trudne, wręcz przeciwnie. – Harry westchnął, nagle przytłoczony tymi wszystkimi wspomnieniami, od których uciekał. – Dopiero później… coś się zmieniło. Malfoy, z jakiegoś powodu, uratował nam życie, gdy złapali nas szmalcownicy. Później jego przydupasy chciały nas zabić, a on próbował pomóc. Potem uratowałem jego i Goyle’a… To były dziwne czasy…

- Dlaczego nigdy o tym nie opowiadałeś? – zapytał cicho Teddy, przyglądając mu się uważnie, z pewnym zakłopotaniem.

- Bo nie różnię się niczym innym od reszty – chcę zapomnieć. Tamten rok z wielu względów był przełomowy i straszny jednocześnie. Tak jest chyba łatwiej…

- Naprawdę myślisz, że Draco zasługuje na drugą szansę? Mam go nie skreślać…? Lubię Scorpiusa – dodał po chwili wahania.

- To twoja rodzina.

- Czasami cię nienawidzę, wiesz?

- Wszyscy to wiedzą.

- Z kim przyszło mi pracować? – jęknął Teddy melodramatycznie. – A babcia mówiła, żebym został bibliotekarzem.

Harry uśmiechnął się łagodnie.

- Nadal jestem zszokowany, że przeciwstawiłeś się Andromedzie… i nadal żyjesz.

- Bardzo zabawne – prychnął Teddy, wzdrygając się troszeczkę. Jeszcze pamiętał spojrzenie, jakie rzuciła mu babka, gdy zdecydował się w końcu powiedzieć jej, że przyjęto go na Uniwersytet Aurorski. – Powinienem pogadać z Draco, no wiesz, jak auror ze śmierciożecą? – Obaj wiedzieli, że to po części żart.

- Nie bądź dla niego za ostry. Nie lubię go, ale nie był taki zły jak na dupka.

- A jak go wkurzę, on będzie na ciebie zły… hmm… to jakaś myśl.

Szelmowska mina chrześniaka, który rzucił mu znaczące spojrzenie, rozśmieszyła Harry’ego.

- Spokojnie, przeżyję malfoyowski napad złości. Zdecydowanie za dużo czasu spędzasz z chłopcami – skwitował po chwili, kiwając głową. – A teraz leć pracować.

- Jasne, szefie – zasalutował Teddy z szerokim uśmiechem – i wiesz, dzięki. Pomyślę nad tym, co mi powiedziałeś… i daj znać, gdy będziesz potrzebował pomocy. Jestem w końcu twoim chrześniakiem, muszę się na coś przydać.

- Na dobry początek możesz się zająć swoją pracą.

- Już mnie nie ma – obiecał, szybkim, dudniącym krokiem idąc w stronę drzwi. – Do zobaczenia, Harry!

Potter odetchnął głęboko, rozluźniając się. Rozmowa z Teddym zmęczyła go psychicznie. Jego chrześniak może i był dobrym aurorem, ale czekało go jeszcze sporo pracy, zanim poukłada sobie życie. Taki młody, odważny i zbyt krzywdzący w swoich ocenach.

Harry sięgnął po zielonożółty kubek, przerzucił kilka stron raportu w sprawie napadu w Exeter i westchnął ciężko, marząc o jakichś kanapkach. Zaczynało mu burczeć w brzuchu.

Jak na zawołanie, w drzwiach do gabinetu stanął uśmiechnięty Ron, lewitując ostrożnie jakąś tacę z pokrywką.

- Hejka! – przywitał się radośnie. – Czekałem, aż Teddy się wymknie.

- Znowu brałeś eliksir mobilizujący?

- Nie, Hermiona mi zabroniła – z bezczelnym uśmiechem rzucił jego rudowłosy przyjaciel, kładąc tacę na leżące na biurku raporty. – Nie przejmuj się, są od tego zaklęcia.

- Rooon…

- Tak, szefie?

Harry zastanowił się, czy jak zabije swojego najlepszego przyjaciela, Weasleyowie będą odwiedzać go w Azkabanie?

Pewnie nie.

- Co się stało? Jestem zawalony robotą, więc jakbyś mógł się sprężyć…?

- Auć, Harry, to bolało. Przynoszę ci obiad, wysyłam do ciebie Teddy’ego, a ty tak się odwdzięczasz?

- George, to ty? To nie jest zabawne.

Ron, unoszący właśnie pokrywę, wyszczerzył się tak szeroko, że musiała boleć go szczęka. Harry’ego rozbolała od patrzenia.

- Człowiek nie może być przez jeden dzień szczęśliwy, bo zaraz podejrzewają go o Merlin wie co. Już wiem, jak się czuje Jamie.

- Mój syn zawsze coś kombinuje – zauważył Harry, skupiając swoją uwagę na smakowicie pachnącej zupie. Sięgnął po łyżkę i przysunął do siebie talerz. – Mmm… pyszne.

- Mama pozdrawia – dorzucił szybko Ron, pałaszując zupę z drugiej miski. Molly Weasley była cudowną kobietą, wiedziała, że przecież jej syn nie będzie siedział i patrzył, jak Harry je w samotności – należało przecież dotrzymywać przyjacielowi towarzystwa. – Martwi się o ciebie.

- Przekaż, że ją uwielbiam.

- Sam jej to powiesz, zaprasza na kolację.

- Nie mogę – z żalem odmówił Harry, sięgając po dokładkę. – Na dwudziestą jestem umówiony z Malfoyem.

- Czemu tak późno? Dupek pewnie chce cię zatrzymać na noc.

Harry roześmiał się, widząc oburzoną minę siedzącego naprzeciwko niego rudzielca. Jednak Ron był jedyny w swoim rodzaju.

- Sam zaproponowałem. Malfoy nalegał na spotkanie wcześniej, ale jak widzisz, jeszcze nie udało mi się stąd wyrwać. Przypomnij mi, żebym skopał Gregory’emu tyłek…

- Pomogę – zaoferował swoją pomoc Ron, odsuwając od siebie pusty talerzyk. – Lizus działał mi na nerwy przez cały miesiąc. A zrobił coś szczególnego czy tak za brak innych zalet?

- Raporty – jęknął Harry, miętosząc włosy, które i tak po całym dniu pracy w biurze wyglądały strasznie. – Opisy sytuacji w najdrobniejszych szczegółach… uwzględniające nawet odległość szafki do butów od ściany. Zabiję go…

- Czyli coś, czego nie udało ci się zrobić z Voldemortem. – Po tych wszystkich latach – i dobroczynnych przyjęciach, w których musieli brać udział po wojnie – Ron nie miał najmniejszego problemu z wymawianiem imienia ich dawnego wroga. – Nieźle musiał ci dopiec.

- Nie jest taki zły – dodał uczciwie Harry. – Ale spójrz na to, sprawa z Exeter, Davin, na żądanie Gregory’ego, musiał zmierzyć odległość nosa od ucha ofiary – kompletna strata czasu. Dziwne, że nikt jeszcze go nie zabił.

- Czekaliśmy na ciebie – wyszczerzył się Ron. – Większość uznała, że zasłużyłeś na małą karę.

- I przejrzenie ton makulatury ma nią być?

- No pewnie.

- Merlinie strzeż mnie, bo zaraz was zabiję – warknął z frustracją w głosie Harry. – Nie mogliście pisać normalnych sprawozdań?

- Sprawozdania, Harry, to dopiero na ciebie czekają.

- Świetnie!

Ron przyjrzał mu się uważniej, w końcu porzucając żartobliwy ton.

- Co jest?

- Nic – padła zbyt szybka odpowiedź.

- Harry, znam cię od ponad ćwierćwiecza, twoje „nic” mnie nie przekonuje. No już, wyżal się Ronowi, zanim on wezwie na pomoc swoją dzielną żonę.

- Mówienie o sobie w trzeciej osobie jest objawem szaleństwa.

- I kto to mówi? –zaśmiał się Ron. – Wyrzuć to z siebie, poczujesz się lepiej.

- Usłyszałeś to od Hermiony?

- Nie, to z piosenki Szalonych Kóz. Wyrzuć to z siebie, poczujesz się lepiej – zanucił, fałszując okropnie. Harry starał się nie krzywić, ale mu nie wyszło. – Aberforth jest złem wcielonym, skusił mi dziecko – dodał melodramatycznie Ron – które od tamtej pory słucha tego jazgotu codziennie. Hermiona twierdzi, że nasza córka w ten sposób przejawia swój indywidualizm, manifestuje naturalny psychofizyczny rozwój i coś tam jeszcze… argh, Rose po prostu uwielbia grać mi na nerwach.

- Ma piętnaście lat, to raczej normalne.

- Tak myślisz?

- Poczekaj aż zacznie spotykać się ze Scorpiusem.

- No nie… i ty też, Brutusie? Przy każdej okazji Hermiona straszy, że gówniarz zostanie naszym zięciem.

- Rose spędza z nim sporo czasu – dyplomatycznie przypomniał mu Harry. – To prawdopodobne.

- Tylko dlatego, że ten ślizgoński dupek ją wykorzystuje! Jakby sam nie mógł poradzić sobie z runami.

- Piąty rok to rok SUMów.

- Wielkie mi rzeczy! Rose zda je śpiewająco.

- No i sam widzisz, Scorpius korzysta z pomocy najlepszych.

- Al jest najlepszy na ich roku – przypomniał mu Ron, rzucając mu kose spojrzenie.

Harry uśmiechnął się.

- I wszystko jasne. To naprawdę proste – Scorpiusowi podoba się Rose, a i on musi nie być jej obojętny, skoro dała się namówić na korepetycje.

- Niee, nawet tak nie mów – jękliwym głosem prosił jego przyjaciel. – Dajcie mi się jeszcze połudzić, że nic z tego nie wyjdzie.

- Mogą się rozstać – zasugerował niewinnym tonem Harry. – Związki w tym wieku nie są zbyt trwałe. Przypomnij sobie siebie i Lavender…

- Dlatego jesteś moim najlepszym kumplem – ucieszył się Ron – nawet jeśli sam w to nie wierzysz, dajesz mi nadzieję. Tak trzymać!

Harry zachichotał.

- Więc skąd ten dobry nastrój od rana?

Ron wyszczerzył się.

- Hermiona postawiła galeona na rozstanie Teddy’ego i Victoire w zeszłym tygodniu. Przegrała.

Cała rodzina stawiała zakłady, kiedy – kolejny raz – Teddy i Victoire rozstaną się lub zejdą. Od lat krążyli wokół siebie niczym dwa zakochane psiaki, które nie umieją podjąć decyzji. Wszyscy z rozbawieniem obserwowali ich zmagania, dobrze się przy tym bawiąc. Zakład zapoczątkował Percy, który próbował rozbawić George’a, i wszyscy Weasleyowie podchwycili pomysł. To była dobra zabawa, nie robiąca nikomu krzywdy. Nawet Hermiona dała się w końcu skusić.

Ron musiał być zachwycony, gdy jego żona przegrała. Zwykle jej się to rzadko zdarzało.

- Och… pewnie nie była zachwycona.

- Od czasu do czasu się jej przyda. Zbyt często ma rację – to niezdrowe.

Harry roześmiał się, wyobrażając sobie minę przyjaciółki.

- Dobrze, że Teddy nie wie, że cała rodzina stawia zakłady. Zabiłby nas.

- Victoire byłaby gorsza, mówię ci, ta krew wili… – Ron wzdrygnął się. – Widziałeś przecież wkurzoną Fleur, to ja już wolę trafić w łapy Teddy’ego. Przy okazji… George prosił, żebyś do nich wpadł. Ma coś dla ciebie w sprawie, no wiesz, Malfoya.

- Co takiego?

- Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami – może ma coś na niego?

- Ciekawe…

Ron podrapał się po nosie i szybkim zaklęciem uprzątnął pozostałości po obiedzie.

- No, staruszku, będę się zmywał. Bob miał mi podrzucić jakiś cynk w sprawie Trójrogiego Psa. Na gacie Merlina, co za kretyn wymyślał mu pseudonim? – dodał po chwili, podnosząc się z krzesła. – Jeśli zostaniesz na noc u Malfoya, wyprę się ciebie.

Harry roześmiał się.

- Martwisz się o moją cnotę?

- Nie – o to, że będziemy musieli ukrywać jego zwłoki.

Śmiech Harry’ego gonił go jeszcze za drzwiami.

~ - autor: nerejda w dniu 23 Wrzesień 2011.

Odpowiedzi: 3 to “Przeklęte sny: – 26 –”

  1. To już jest 26 rozdział?
    Widzę, że czekają mnie upojne godziny czytania ;-)
    Pozdrawiam
    Orlando

  2. och, gdzie się zaszyłaś na tak długo? rok temu mieliśmy taki wspaniały prezent w postaci ‘hej kolęda, koleda…’ a tym razem nic nie będzie? wracaj do nas, bo są ludzie, którzy czekaja :)

    • Najpierw komputer padł, a potem zdrowie, ale już się prawie wyleczyłam, a laptop chodzi jak nowy… czyli wreszcie wracam :) Na Boże Narodzenie coś będzie – co to za Gwiazdka bez prezentów? (choć jeszcze nie wiem co, bo nie mam nic przygotowanego w świątecznej atmosferze, a jakoś wszystkie teksty, nad którymi ostatnio pracuję są raczej smutne/melancholijne/poruszają mało humorystyczne tematy), a na pewno już koło Sylwestra będzie co najmniej jeden nowy utwór, no i oczywiście Przeklęte Sny.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.